niedziela, 26 stycznia 2014

Rozdział 1

Siedziała na parapecie „więzienia” obracając w palcach starą, lekko przerdzewiałą żyletkę. Mimo, iż kilka razy próbowała jej użyć, nigdy nie zdobyła się na odwagę, by odebrać sobie życie. „Jesteś żałosna” podpowiadał jej zdradziecki głos, „Zrób to, przecież tego właśnie chcesz. Zrób to, nim Rafał tu wejdzie.” Brunetka przycisnęła żyletkę do skóry, jednak nie umiała znaleźć w sobie wystarczająco dużo siły, by przeciąć żyłę.
Drzwi za jej plecami otworzyły się. Dziewczyna słyszała ciężki oddech Wieczorka, jednak bała się odwrócić. Dopiero huk zmusił ją do spojrzenia w stronę wyjścia. W progu leżał nieprzytomny Rafał, a szafka, która znajdowała się za nim, rozpadła się na kilka części. Marta niepewnie podeszła do chłopaka, obawiając się, że to tylko podstęp. Zastanawiała się, czy Rafał nie próbuje jej zachęcić do ucieczki, by w ostatniej chwili ją złapać i pobić jeszcze dotkliwiej niż zwykle. Jednak z każdą mijającą sekundą, brunetka upewniała się, że Rafał rzeczywiście stracił przytomność. Z szafy wyciągnęła torbę z ostatnimi niezniszczonymi rzeczami oraz małym, pluszowym misiem-najlepszym przyjacielem z dzieciństwa. Z dziury w podłodze wyjęła skarpetkę z oszczędnościami. Starając się poruszać jak najciszej ominęła leżącego na podłodze chłopaka i wyszła z pokoju. Zatrzymała się przy drzwiach, by sprawdzić, czy widać na jej twarzy jakieś ślady po atakach Wieczorka i dla pewności założyła bluzę, naciągając kaptur na głowę. Chwyciła za klamkę licząc na to, że drzwi są otwarte. „Kto by pomyślał, że Rafał jest tak nieostrożny?” zapytała samą siebie, gdy drzwi ustąpiły. Wybiegła z mieszkania i prawie spadła ze schodów, tak bardzo chciała opuścić mieszkanie. Wychodząc z klatki zatrzymała się na chwilę, by po raz pierwszy od czterech lat nabrać świeżego powietrza do płuc. Popędziła przed siebie, licząc na to, że przystanek autobusowy jest w tym samym miejscu co wtedy, gdy po raz ostatni była poza mieszkaniem Rafała. Tym razem szczęście jej dopisało. Gdy dobiegła na przystanek, podjechał autobus. Kupiła bilet, skasowała go i z uczuciem ulgi opadła na siedzenie.
Gdy dotarła na dworzec PKP, słońce wreszcie wyszło zza chmur. Marta zmrużyła oczy, odzwyczajona od blasku promieni słonecznych. W pośpiechu wbiegła do budynku, i zerknęła na tablicę odjazdów. Widniała na niej data 20. maja 2013. „Więc… Trójmiasto. Oby pociąg się nie spóźnił, bo będzie krucho, jeśli ktoś mnie rozpozna…” powiedziała do siebie w myślach. Podeszła do kasy i poprosiła o bilet. Jej głos zabrzmiał obco, w końcu przez ostatnie lata rzadko się odzywała… odliczyła odpowiednią sumę, ciesząc się w duchu, że przez te wszystkie lata Rafał nie zauważył, że podkradała mu pieniądze. Wiedziała, że udało jej się uzbierać blisko sześćset złotych, co teoretycznie powinno wystarczyć jej na przetrwanie do czasu, aż znajdzie jakąś pracę. Siadając na krzesełku przy wyjściu na peron, zaciskała pięści, błagając, by pociąg był punktualnie.
Wreszcie, po godzinie pociąg wtoczył się na peron. Marta westchnęła z ulgą, ciesząc się, że mimo czterdziestopięciominutowego opóźnienia, w końcu zajęła miejsce w pustym przedziale. Z żalem opuszczała Lublin, w końcu spędziła w tym mieście całe życie. Z drugiej strony niezmiernie cieszyła się faktem ucieczki od Rafała. Wkrótce, wpatrując się w zmieniające się za oknem krajobrazy, zasnęła.

Obudziło ją wrażenie, że ktoś się jej przypatruje. Nie otworzyła jednak oczu. Liczyła na to, że jeśli Rafał uzna, że brunetka śpi, to odpuści jej i tym razem nie zrobi jej krzywdy. Jednak obserwowanie jej we śnie nie pasowało do Wieczorka. Uchyliła jedno oko i zobaczyła przed sobą przystojnego bruneta o zabójczym szarobłękitnym spojrzeniu. Automatycznie przypomniała sobie, że przecież uciekła z Lublina. Zerwała się do pozycji siedzącej i zerknęła na wciąż wpatrującego się w nią mężczyznę. „Dlaczego się tak na mnie gapisz? Mam coś na twarzy, czy co?” chciała go zapytać. Odwróciła głowę w stronę okna i wyjrzała przez nie. „Cholera, długo spałam, skoro jesteśmy już w Ostródzie. Niedługo będziemy na miejscu. Dlaczego on się dalej na mnie gapi?”
-Mam nadzieję, że pani nie obudziłem. Jeśli tak, to przepraszam-odezwał się wreszcie chłopak, zmuszając Martę do spojrzenia na niego. Po raz kolejny uderzyło ją, jak bardzo jest przystojny. „Już go gdzieś widziałam… cholera, tylko gdzie? Skąd ja znam tą twarz? I jeszcze te oczy… tak, na pewno gdzieś już je widziałam.”-Czy coś się stało? Jeśli pani przeszkadzam, to mogę się przenieść, albo chociaż się zamknąć. Proszę tylko powiedzieć.
-Słucham?-zapytała zaskoczona. „Pięknie Niewińska, po prostu cudownie… odpłynęłaś… i co on teraz o tobie pomyśli? Z resztą… co kogo obchodzi jego zdanie na mój temat.”-Przepraszam, zamyśliłam się.
-Pytałem, czy pani nie przeszkadzam.
-Nie, nie, skądże. Po prostu zaskoczyła mnie pańska obecność. Nie słyszałam, żeby ktoś wchodził…-plątała się.
-Nic dziwnego. Kiedy w Warszawie wszedłem do tego przedziału, nawet się pani nie poruszyła. Myślałem nawet, że coś się pani stało…
-W Warszawie? To tak długo spałam? Niedobrze… tracę czujność-ostatnie trzy słowa wyszeptała do siebie.
-Jeśli mogę spytać… dokąd pani jedzie? A tak w ogóle… Bartosz-wyciągnął do niej rękę, którą, zaskoczona, uścisnęła, przedstawiając się-miło mi cię poznać, Marto… chyba, że wolisz, bym dalej mówił „pani”. Bez względu na to, mów mi Bartek.
-Nie, nie… możesz mi mówić po imieniu… Bartku-odparła nieśmiało. „Cholera, imię też kojarzę… kto to jest?”
-To… powiesz mi, dokąd jedziesz?-zagadnął po raz kolejny. „Jaki wścibski z niego facet! Ale ten uśmiech… ach… Martuśka, o czym ty myślisz?! Dopiero uciekłaś od Rafała! No, ale… przystojny jest.” W jej głowie panował totalny chaos. Jedna myśl goniła drugą. Jej milczenie przerwał szept mężczyzny.
-Jeśli nie chcesz, nie mów.-„Powiedzieć? Nie powiedzieć. Powiedzieć… Nie mówić… ech, raz się żyje”.
-W porządku… to nie jest tajemnica. Jadę do Gdańska.-odparła, uśmiechając się nieśmiało.
-Do Gdańska? Ciekawe… do pracy? A może w odwiedziny do znajomych?
-A skąd wiesz, że nie jestem z Gdańska, co?-zapytała z buntowniczym wyrazem twarzy.
-Mieszkam tam już od kilku miesięcy… nie spotkałem cię tam, a tak pięknej kobiety nie da się nie zauważyć. „Tylko się nie zarumień, tylko się nie zarumień… cholera, rumienię się!”-Chociaż… właściwie przypominasz mi kogoś… kogoś, kogo spotkałem bardzo dawno temu i nigdy nie zapomniałem…-„Czy on mnie podrywa? O NIE! On mnie naprawdę PODRYWA!” krzyczała w myślach, starając się opanować swoje bijące coraz szybciej serce. Nie pomagał jej w tym fakt, że brunet nie przestawał szczerzyć swoich prostych, śnieżnobiałych zębów.
-Ej, Marta! Słuchasz mnie?-przerwał jej wewnętrzny monolog.
-Co? Przepraszam… jestem trochę rozkojarzona. Dużo się dzieje ostatnio w moim życiu. Możesz powtórzyć?
-Pytałem, co cię ciągnie do Gdańska? Jeśli nie chcesz-nie mów.-Zastanowiła się chwilę nad odpowiedzią.
-Musiałam coś zmienić w swoim życiu… poszłam na dworzec, a najbliższy pociąg odjeżdżał właśnie do Gdańska. Wybór był prosty.
-Czyli pewnie nie masz się gdzie zatrzymać?-pokręciła głową w odpowiedzi-w takim razie zabieram cię do siebie. „ŻE CO PROSZĘ?! JAK TY TO SOBIE WYOBRAŻASZ?! ZNAM CIĘ OD GODZINY I MAM U CIEBIE PRZENOCOWAĆ?!” chciała krzyknąć. Zamiast tego powiedziała tylko:
-Nie, dziękuję. Poradzę sobie. Twoja dziewczyna nie byłaby zadowolona, gdybyś przyprowadził do domu obcą kobietę.
-Dlaczego uważasz, że mam dziewczynę?-wskazała głową na jego nadgarstek, na którym znajdowała się silikonowa opaska z wypisanym imieniem.-A, to… Paulina jest moją siostrą. Jest ode mnie młodsza dokładnie o rok. Przez całe dzieciństwo byliśmy nierozłączni. Po skończeniu liceum wyjechała na studia do Włoch. Wtedy wymieniliśmy się tymi opaskami. Na znak, że zawsze jesteśmy razem.
-To piękne… zazdroszczę wam. Nigdy nie miałam nikogo równie bliskiego.-westchnęła.
-Może kiedyś ją poznasz. Szybko byście się zaprzyjaźniły. Jesteście do siebie podobne. Z charakteru, oczywiście-wyszczerzył się.-no to jak? Dotrzymasz mi towarzystwa? Nie chcę spędzać wieczoru na oglądaniu powtórek meczów i pochłanianiu wałówki od mamy. Wiesz, właśnie od niej wracam.
-Nie, Bartek. Nie powinnam.
-Błagam, jak się roztyję, to wywalą mnie z roboty, i to będzie twoja wina.-zastrzegł, wskazując na nią swoim długim palcem.
-To się nazywa szantaż! To jest karalne!
-Ćśśś… nikomu nie powiemy. Chodź, jesteśmy na miejscu.-zaśmiał się i biorąc jej jedyną torbę i swoją walizkę ruszył za nią w kierunku wyjścia.-Jak to jest możliwe, że ja po powrocie z dwutygodniowego urlopu u rodziców mam więcej rzeczy niż ty, przeprowadzając się?-zapytał, zaskoczony ruszając w stronę postoju taksówek-normalnie jeżdżę volvo, ale akurat jest u mechanika. Wskakuj!-dodał, otwierając przed nią drzwi.
-Ale ja nie powiedziałam jeszcze, że się zgadzam.
-Słowo klucz: jeszcze-odparł, pakując ich rzeczy do bagażnika. Wsiadł do auta i podając kierowcy adres wyszczerzył się do brunetki, która patrzyła na niego z mordem w oczach…


piątek, 3 stycznia 2014

Prolog

Z nieba sączył się deszcz. Ulewa ograniczała widoczność, jednak ona nie zatrzymywała się. Szła, a płynące po jej policzkach łzy mieszały się z kroplami deszczu. Snuła się ulicami Lublina, byle jak najszybciej oddalić się od szpitala. Od szpitala, w którym straciła jedyną bliską osobę. Przed oczami wciąż miała zastygłą w bezruchu twarz matki, wciąż czuła dotyk jej dłoni, którą ściskała, błagając rodzicielkę, by otworzyła oczy… słyszała słowa lekarza i wciąż nie mogła w nie uwierzyć. „Jakim cudem wczoraj weszła o własnych siłach na izbę przyjęć, a dziś nie żyje?” pytała w myślach, kopiąc kamienie znajdujące się na jej drodze. Dokąd zmierzała? Sama tego nie wiedziała. Załamana opadła na parkową ławkę, i podciągając kolana pod brodę, ukryła w nich oczy. Jej ramiona unosiły już nie tylko przez nieopanowany płacz. Okropny chłód przeniknął jej ciało, jednak nie był wywołany przez zdradliwą, majową pogodę, lecz wrażenie pustki, która ogarnęła ją po odejściu matki. Po jej lewej stronie pojawił się cień, a ktoś usiadł na ławeczce obok niej.
-Nie uważasz, że rozsądnej byłoby ukryć się w domu?-zapytał mężczyzna, osłaniając ją parasolem.
-Odejdź! Chcę być sama!-krzyknęła przez łzy, nawet nie odwracając się w stronę rozmówcy.
-Nie mógłbym. Samotna dziewczyna, na ławce w parku, w taką pogodę i jeszcze… w tej okolicy? Nie mogę cię tu zostawić. Nie chciałbym mieć cię na sumieniu-odparł, niezrażony, narzucając na ramiona dziewczyny swoją kurtkę.-Jestem Rafał.
-A co mi do tego?-warknęła, odsuwając się od chłopaka.
-Pomyślałem, że skoro mamy tu siedzieć razem, to powinienem się przedstawić.
Godziny mijały, a ulewa nie odchodziła. Można by powiedzieć, że pogoda dostosowała się do nastroju dziewczyny. Brunetka wciąż nie podnosiła się z ławki. Chłopak również nie wydawał się zainteresowany opuszczeniem dziewczyny. Gdzieś w oddali rozległ się grzmot.
-Chyba zbiera się na burzę, nie uważasz? To będzie pierwsza w tym roku.-zagadnął Rafał, przerywając dość męczącą ciszę, która ich ogarnęła.-Wydaje mi się, że powinniśmy gdzieś ją przeczekać. Na pewno nie tutaj.
-Jeśli chcesz, możesz iść! Nikt cię tu nie trzyma!-krzyknęła dziewczyna, lekko odwracając głowę w jego stronę.-I nikt nie zapraszał cię, żebyś usiadł obok!-ryknęła i zrywając się z ławki, pobiegła przed siebie, zostawiając osłupiałego chłopaka.
-Poczekaj! Nie uciekaj! Chciałem ci tylko pomóc! Ej, dokąd tak pędzisz?-krzyczał, biegnąc za dziewczyną. Chwilę później jednak stracił ją z zasięgu wzroku.-Gdzie mogłaś się ukryć?-mruknął, rozglądając się. Zobaczył ją skuloną przy ścianie jednego z pobliskich bloków. Powoli ruszył w jej stronę.-Skoro tak bardzo chciałaś mnie odwiedzić, wystarczyło  powiedzieć-zadrwił, zbliżając się do niej.-Mieszkam dokładnie tutaj. Na trzecim piętrze. Zapraszam.-dodał, otwierając drzwi. Dziewczyna rzuciła w jego stronę wściekłe spojrzenie.-No, przynajmniej jesteś ładna. Nie będę żałował, że się przysiadłem. No chodź. Nic ci nie zrobię. Gdybym chciał cię zabić, albo zgwałcić, nie czekałbym tyle czasu w tym deszczu! Chodź, chodź, chodź… no już, idziemy na górę.
-Nigdzie nie idę!
-Nie powiedziałem ci jeszcze, że jestem bardzo uparty? Wejdziesz sama, albo cię zaniosę-to stwierdzenie zmusiło dziewczynę do podniesienia się z mokrej od deszczu ziemi.-Mądra decyzja. To, powiesz mi jak masz na imię?
-Jestem… Marta-odparła po dłuższym namyśle, wlokąc się za Rafałem…

Od tamtego wydarzenia minęły dokładnie cztery lata. I wiele się od tamtej chwili zmieniło. Przypadkowa znajomość szybko zmieniła się w miłość, miłość… w horror…

Po dwóch miesiącach od pierwszego spotkania Marta zgodziła się zamieszkać z Rafałem. To wydarzenie nieodwracalnie zmieniło jej życie. Zaledwie chwilę po przekroczeniu progu nowego mieszkania Marta straciła wszystkie swoje rzeczy, a Rafał… okazał się być potworem. Zamknięta w małym pokoiku wyposażonym jedynie z chybotliwe łóżko i starą zniszczoną szafę została zostawiona sama sobie. Całe dnie spędzała na parapecie pokoju, wyglądając przez zakratowane okno na ulicę, po której rzadko ktokolwiek się przemieszczał. Fakt, była to jedna z gorszych części miasta. Jedynymi mieszkańcami byli narkomani i alkoholicy, którzy nie byliby w stanie jej pomóc, nawet gdyby mogła jakoś ich zawołać.
Dni mijały jeden za drugim, a jej egzystencja w mieszkaniu Wieczorka nie zmieniła się w zasadzie ani odrobinę. Aż w końcu, po miesiącu zniewolenia w pokoiku pojawił się Rafał. Jego oczy były zamglone, a zarazem wyrażały ogromną wściekłość. W jednej ręce ściskał butelkę taniej wódki, w drugiej-szeroki pas nabijany ćwiekami. W ustach trzymał niedopalonego papierosa. Nim zdążyła zareagować, leżała na brzuchu na łóżku, a pas uniósł się nad nią po raz pierwszy. Kolejne uderzenia sypały się jedno za drugim. Ból wyciskał łzy z jej oczu, po skórze spływały strużki krwi, które wsiąkały w porwany i zniszczony materiał koszulki…

To był pierwszy raz, kiedy Rafał ją uderzył… nie, nie ostatni. Takich dni jak tamten było jeszcze wiele… każdy z nich był równie nieoczekiwany. Z czasem Dominika przyzwyczaiła się do bólu, łez, krwi, do której przyklejały się skrawki materiału zniszczonych ubrań. Za każdym jednak razem, kiedy Wieczorek pojawiał się w jej pokoju, wciąż miała nadzieję, że tym razem coś się zmieni… że brunet zrezygnuje, pozwoli jej odejść... nic takiego się nie wydarzyło…
Z pokoju mogła wyjść maksymalnie dwa razy dziennie. Za każdym razem na pięć minut. Trzy razy w tygodniu Rafał pozwalał dziewczynie na kąpiel… o ile dziesięciominutowy prysznic w zimnej wodzie w ogóle można nazwać kąpielą…

Czasem, gdy wymierzał jej „karę”, jak to określał, zdarzało się, że zamroczony alkoholem zasypiał na łóżku brunetki. Dawało to Dominice kilkanaście minut, by wyciągnąć z jego portfela kilka drobnych monet. Tyle, by chłopak nie zauważył ich braku. Po roku oddało jej się zabrać trochę ponad 150 zł. W końcu, we wrześniu 2012r. miała wystarczająco dużo pieniędzy, by uciec. Jednak jak to zrobić, skoro cały czas znajdowała się pod kluczem…?

***
No więc prolog... i mam nadzieję, że to nie koniec :)
Kilka rozdziałów już przygotowałam, wkrótce się pojawią :)
POZDRAWIAM :*