Z
nieba sączył się deszcz. Ulewa ograniczała widoczność, jednak ona nie
zatrzymywała się. Szła, a płynące po jej policzkach łzy mieszały się z kroplami
deszczu. Snuła się ulicami Lublina, byle jak najszybciej oddalić się od
szpitala. Od szpitala, w którym straciła jedyną bliską osobę. Przed oczami
wciąż miała zastygłą w bezruchu twarz matki, wciąż czuła dotyk jej dłoni, którą
ściskała, błagając rodzicielkę, by otworzyła oczy… słyszała słowa lekarza i
wciąż nie mogła w nie uwierzyć. „Jakim cudem wczoraj weszła o własnych siłach
na izbę przyjęć, a dziś nie żyje?” pytała w myślach, kopiąc kamienie znajdujące
się na jej drodze. Dokąd zmierzała? Sama tego nie wiedziała. Załamana opadła na
parkową ławkę, i podciągając kolana pod brodę, ukryła w nich oczy. Jej ramiona
unosiły już nie tylko przez nieopanowany płacz. Okropny chłód przeniknął jej
ciało, jednak nie był wywołany przez zdradliwą, majową pogodę, lecz wrażenie
pustki, która ogarnęła ją po odejściu matki. Po jej lewej stronie pojawił się
cień, a ktoś usiadł na ławeczce obok niej.
-Nie uważasz, że rozsądnej byłoby ukryć się w domu?-zapytał mężczyzna, osłaniając ją parasolem.
-Odejdź! Chcę być sama!-krzyknęła przez łzy, nawet nie odwracając się w stronę rozmówcy.
-Nie mógłbym. Samotna dziewczyna, na ławce w parku, w taką pogodę i jeszcze… w tej okolicy? Nie mogę cię tu zostawić. Nie chciałbym mieć cię na sumieniu-odparł, niezrażony, narzucając na ramiona dziewczyny swoją kurtkę.-Jestem Rafał.
-A co mi do tego?-warknęła, odsuwając się od chłopaka.
-Pomyślałem, że skoro mamy tu siedzieć razem, to powinienem się przedstawić.
-Nie uważasz, że rozsądnej byłoby ukryć się w domu?-zapytał mężczyzna, osłaniając ją parasolem.
-Odejdź! Chcę być sama!-krzyknęła przez łzy, nawet nie odwracając się w stronę rozmówcy.
-Nie mógłbym. Samotna dziewczyna, na ławce w parku, w taką pogodę i jeszcze… w tej okolicy? Nie mogę cię tu zostawić. Nie chciałbym mieć cię na sumieniu-odparł, niezrażony, narzucając na ramiona dziewczyny swoją kurtkę.-Jestem Rafał.
-A co mi do tego?-warknęła, odsuwając się od chłopaka.
-Pomyślałem, że skoro mamy tu siedzieć razem, to powinienem się przedstawić.
Godziny
mijały, a ulewa nie odchodziła. Można by powiedzieć, że pogoda dostosowała się
do nastroju dziewczyny. Brunetka wciąż nie podnosiła się z ławki. Chłopak
również nie wydawał się zainteresowany opuszczeniem dziewczyny. Gdzieś w oddali
rozległ się grzmot.
-Chyba zbiera się na burzę, nie uważasz? To będzie pierwsza w tym roku.-zagadnął Rafał, przerywając dość męczącą ciszę, która ich ogarnęła.-Wydaje mi się, że powinniśmy gdzieś ją przeczekać. Na pewno nie tutaj.
-Jeśli chcesz, możesz iść! Nikt cię tu nie trzyma!-krzyknęła dziewczyna, lekko odwracając głowę w jego stronę.-I nikt nie zapraszał cię, żebyś usiadł obok!-ryknęła i zrywając się z ławki, pobiegła przed siebie, zostawiając osłupiałego chłopaka.
-Poczekaj! Nie uciekaj! Chciałem ci tylko pomóc! Ej, dokąd tak pędzisz?-krzyczał, biegnąc za dziewczyną. Chwilę później jednak stracił ją z zasięgu wzroku.-Gdzie mogłaś się ukryć?-mruknął, rozglądając się. Zobaczył ją skuloną przy ścianie jednego z pobliskich bloków. Powoli ruszył w jej stronę.-Skoro tak bardzo chciałaś mnie odwiedzić, wystarczyło powiedzieć-zadrwił, zbliżając się do niej.-Mieszkam dokładnie tutaj. Na trzecim piętrze. Zapraszam.-dodał, otwierając drzwi. Dziewczyna rzuciła w jego stronę wściekłe spojrzenie.-No, przynajmniej jesteś ładna. Nie będę żałował, że się przysiadłem. No chodź. Nic ci nie zrobię. Gdybym chciał cię zabić, albo zgwałcić, nie czekałbym tyle czasu w tym deszczu! Chodź, chodź, chodź… no już, idziemy na górę.
-Nigdzie nie idę!
-Nie powiedziałem ci jeszcze, że jestem bardzo uparty? Wejdziesz sama, albo cię zaniosę-to stwierdzenie zmusiło dziewczynę do podniesienia się z mokrej od deszczu ziemi.-Mądra decyzja. To, powiesz mi jak masz na imię?
-Jestem… Marta-odparła po dłuższym namyśle, wlokąc się za Rafałem…
-Chyba zbiera się na burzę, nie uważasz? To będzie pierwsza w tym roku.-zagadnął Rafał, przerywając dość męczącą ciszę, która ich ogarnęła.-Wydaje mi się, że powinniśmy gdzieś ją przeczekać. Na pewno nie tutaj.
-Jeśli chcesz, możesz iść! Nikt cię tu nie trzyma!-krzyknęła dziewczyna, lekko odwracając głowę w jego stronę.-I nikt nie zapraszał cię, żebyś usiadł obok!-ryknęła i zrywając się z ławki, pobiegła przed siebie, zostawiając osłupiałego chłopaka.
-Poczekaj! Nie uciekaj! Chciałem ci tylko pomóc! Ej, dokąd tak pędzisz?-krzyczał, biegnąc za dziewczyną. Chwilę później jednak stracił ją z zasięgu wzroku.-Gdzie mogłaś się ukryć?-mruknął, rozglądając się. Zobaczył ją skuloną przy ścianie jednego z pobliskich bloków. Powoli ruszył w jej stronę.-Skoro tak bardzo chciałaś mnie odwiedzić, wystarczyło powiedzieć-zadrwił, zbliżając się do niej.-Mieszkam dokładnie tutaj. Na trzecim piętrze. Zapraszam.-dodał, otwierając drzwi. Dziewczyna rzuciła w jego stronę wściekłe spojrzenie.-No, przynajmniej jesteś ładna. Nie będę żałował, że się przysiadłem. No chodź. Nic ci nie zrobię. Gdybym chciał cię zabić, albo zgwałcić, nie czekałbym tyle czasu w tym deszczu! Chodź, chodź, chodź… no już, idziemy na górę.
-Nigdzie nie idę!
-Nie powiedziałem ci jeszcze, że jestem bardzo uparty? Wejdziesz sama, albo cię zaniosę-to stwierdzenie zmusiło dziewczynę do podniesienia się z mokrej od deszczu ziemi.-Mądra decyzja. To, powiesz mi jak masz na imię?
-Jestem… Marta-odparła po dłuższym namyśle, wlokąc się za Rafałem…
Od tamtego wydarzenia minęły dokładnie cztery
lata. I wiele się od tamtej chwili zmieniło. Przypadkowa znajomość szybko
zmieniła się w miłość, miłość… w horror…
Po
dwóch miesiącach od pierwszego spotkania Marta zgodziła się zamieszkać z
Rafałem. To wydarzenie nieodwracalnie zmieniło jej życie. Zaledwie chwilę po
przekroczeniu progu nowego mieszkania Marta straciła wszystkie swoje rzeczy, a
Rafał… okazał się być potworem. Zamknięta w małym pokoiku wyposażonym jedynie z
chybotliwe łóżko i starą zniszczoną szafę została zostawiona sama sobie. Całe
dnie spędzała na parapecie pokoju, wyglądając przez zakratowane okno na ulicę,
po której rzadko ktokolwiek się przemieszczał. Fakt, była to jedna z gorszych
części miasta. Jedynymi mieszkańcami byli narkomani i alkoholicy, którzy nie
byliby w stanie jej pomóc, nawet gdyby mogła jakoś ich zawołać.
Dni
mijały jeden za drugim, a jej egzystencja w mieszkaniu Wieczorka nie zmieniła
się w zasadzie ani odrobinę. Aż w końcu, po miesiącu zniewolenia w pokoiku
pojawił się Rafał. Jego oczy były zamglone, a zarazem wyrażały ogromną
wściekłość. W jednej ręce ściskał butelkę taniej wódki, w drugiej-szeroki pas
nabijany ćwiekami. W ustach trzymał niedopalonego papierosa. Nim zdążyła zareagować,
leżała na brzuchu na łóżku, a pas uniósł się nad nią po raz pierwszy. Kolejne uderzenia
sypały się jedno za drugim. Ból wyciskał łzy z jej oczu, po skórze spływały
strużki krwi, które wsiąkały w porwany i zniszczony materiał koszulki…
To był pierwszy raz, kiedy Rafał ją uderzył…
nie, nie ostatni. Takich dni jak tamten było jeszcze wiele… każdy z nich był
równie nieoczekiwany. Z czasem Dominika przyzwyczaiła się do bólu, łez, krwi,
do której przyklejały się skrawki materiału zniszczonych ubrań. Za każdym
jednak razem, kiedy Wieczorek pojawiał się w jej pokoju, wciąż miała nadzieję,
że tym razem coś się zmieni… że brunet zrezygnuje, pozwoli jej odejść... nic
takiego się nie wydarzyło…
Z pokoju mogła wyjść maksymalnie dwa razy
dziennie. Za każdym razem na pięć minut. Trzy razy w tygodniu Rafał pozwalał
dziewczynie na kąpiel… o ile dziesięciominutowy prysznic w zimnej wodzie w
ogóle można nazwać kąpielą…
Czasem, gdy wymierzał jej „karę”, jak to
określał, zdarzało się, że zamroczony alkoholem zasypiał na łóżku brunetki.
Dawało to Dominice kilkanaście minut, by wyciągnąć z jego portfela kilka
drobnych monet. Tyle, by chłopak nie zauważył ich braku. Po roku oddało jej się
zabrać trochę ponad 150 zł. W końcu, we wrześniu 2012r. miała wystarczająco
dużo pieniędzy, by uciec. Jednak jak to zrobić, skoro cały czas znajdowała się
pod kluczem…?
***
No więc prolog... i mam nadzieję, że to nie koniec :)
Kilka rozdziałów już przygotowałam, wkrótce się pojawią :)
POZDRAWIAM :*
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz